już od dłuższego czasu starałam się obrać moje myśli w słowa, a im dłużej i intensywniej starałam się je obrać tym bardziej je "rozbierałam"... lub po prostu myśli uciekały lub ja uciekałam... aż pewnej grudniowej soboty, robiąc porządek w szufladzie natknęłam się na stare płyty... i moje myśli same się obrały w słowa... a raczej obrała je kasia nowsowska...
"Za mądra dla głupich
A dla mądrych zbyt głupia
Zbyt ładna dla brzydkich
A dla ładnych za brzydka
Za gruba dla chudych
A dla grubych za chuda
Za łatwa dla trudnych
A dla łatwych za trudna
Zbyt czysta dla brudnych
A dla czystych za brudna
(...)"
a później refren...
"Spróbuj się domyślić gdzie to mam?
No gdzie?
Dokładnie tam
Właśnie tam(...)"
jeszcze do takiego refrenu życia nie dotarłam... jeszcze sama nie wiem, w którym jego miejscu jestem... jedyne co wiem to to, że jeszcze nie jest mi obojętne to wszytko...
tytuł piosenki też bardzo dobrze obrazuje moj stan i położenie...
bo ja właśnie teraz jestem taka cudzoziemką w raju kobiet...
tak ostatnio siedząc gdziekolwiek i gdziekolwiek się rozglądając, o porze jakiejkolwiek zawsze zaobserwuje się kogoś, kto dla mnie nosi imie samozwańca... jak niewiele trzeba, aby sie nim stać... niektórzy robią to zupełnie przypadkowo i nieświadomie, inni, stanowiący większą część samozwańców są tego całkowicie świadomi i chcą aby każdy o tym wiedział...
największą grupe samozwańców stanowią "fotografowie", kupując sobie aparat i pstrykając tysiące zdjęć, przerabiaja je w fotoszopach i tworząc specjalne galerie lub (co stanowi wyższy poziom zaawansowania samozwańca) całe strony internetowe na temat swój i swoich genialnych dzieł, a w okienku "o sobie", mówią o sobie fotograf i grafik... pomijam już fakt, że zdjęcia już na pierwszy rzut oka nie wygladaja ani profesjonalnie ani tez artystycznie i wcale nie trzeba być geniuszem żeby to stwierdzić... coraz śmieszniejsze jest też to, że w tej dziedzinie samozwańcy już rywalizują ze sobą, kupując sobie coraz lepsze cacka... tylko, że coraz częściej bywa tak, że poziom talentu jest wprost odwrotnie proporcjonalny to ceny danego sprzętu lub do długości obiektywu... coś musi w tym być skoro coraz większa ilość facetów, którzy zazwyczaj byli bardzo "maczo",odkrywa nagle swoją artystyczną duszę i staje się wrażliwym na piękno człowiekiem...
stwierdzam, że to jest dobry chwyt na laski, które coraz częściej określają się mianem "modelki" mimo, że ani jednej profesjonalnej sesji w zyciu nie miały.. co lepsza, bywają damy, które mając jedynie propozycje rozbieranych sesji, uważają się za wilkie si sławne modelki... może z mojej strony to dyskryminacja, ale nie każdy może być modelką, są okeślone wzorce i warunki jakie powinna spełniać dziewczyna żeby nią zostać, należy również pamiętać, że istnieje różnica między fotomodelką i modelką.... więc jeżeli panienka 150 cm wzrostu mówi, że jest modelką to dla mnie jest samozwańcem....
sporą grupę samozwańców stanowią też tak zwani "muzycy"... potrafia zagrać 5 piosenek, po czym uważają, że graja ze słuchu, a tak naprawdę siedzą i męczą się godzinami żeby choć dobrze zagrać jedną... dobrze, może przesadzam, ale inna sytuacja jest jak ktoś mówi, że uczy się i mu to sprawia fan, a inna jak ktoś nie potrafiąc śpiewać uważa się za wielkiego wokalistę z milionem propozycji od wytwórni płytowych, a że nie potrafi sie zdecydować, którą wybrać, jeszcze nie nagrał żadnej płyty.. i nie wydając ani jednego singla ma wyimaginowaną rzesze fanek...
to, że mam aparat cyfrowy, nie oznacza, że jestem fotografem, a jedynie to, że posiadam aparat lub, że potrafie go obsługiwać (szczerze, jeszcze nie potrafie)...to, że w domu posiadam pałeczki do gry na perkusji nie znaczy, że potrafie na niej grać... to, że potrafie robić biżuterie z koralików nie czyni ze mnie projektanta.. lub to, że posiadam kolmlet pędzli i akryle nie robi ze mnie artysty mimo iż namalowałam pare prac...
choć generalnie mam w dupie za kogo się tam kto uważa... to jednak trzeba pamiętać, że samozwańcy byli, rządzili i nic z tego dobrego nie wyszło.... a, że podałam jakieś błache przykłady nie znaczy, że wszystkie są błache. dobrym przykladem jest polityka, ale na jej temat wole się nie wypowiadać...
było ich wczesniej paru i ile namieszali w naszym życiu.. to wyobraźmy sobie, że jest ich wśród nas coraz więcej.. jeżeli jeden człowik potrafił tyle namiszać to co zrobi taka wielka grupa, boje sie nawet pomysleć o tym... więc trzeba się samemu zastanowić czy to, że okrzykniemy się jakimś tytyłem jest dobre i czy nie doprowadzi do czegoś złego.. od wyścigu szczurów się zaczyna a skończyć się może na wybuchu bomby..
peace.
tak siedząc kolejną godzinę ni tu przed telewizorem, ni przed kompem i rogrywając 123 nieskończoną partie pasjansa... nieskończoną, gdyż jeżeli w pierwsym rozdaniu nie ułoże pasjansa do końca, olewam to i zaczynam od nowa... takiego pasjansa można porównać do moich wszystkich znajomości...
było ich dziesiątki, a tak naprawde tylko pare, na palcach jednej ręki można zliczyć te, które zostały ułożone... jednak mimo to, że jednak pare razy udało mi się ułożyć wszystko tak jak chciałam, w pierwszym rozdaniu, to... to jest tylko pasjans... na następny dzień, miesiąc czy rok o tym zapominasz i nawet nie pamiętasz od jakich kart się zaczynało... a czasami pamięta się wszystko, każdą kartę w talii, kolejność ich ustawiania, czas trwania partyjki co do sekundy... ale gra ta się już skończyła... bywa przecież tak, że mimo tego, że składa się coś lub kogość setny raz, tym samym sposobem, można tak wieki, bez żadnej nudy... mimo tego, że wydaje się to być zwykłą mechanicznie powtarzaną czynnościa, rozmową, za każdym razem odczuwa się głęboką satysfakcję... i taką grę w pasjansa można nazwać prawdziwą przyjaźnią... nie tylko Ty czujesz radość w trakcie odkrywania każdej kolejnej karty, ale jednocześnie karty same chcą się odsłaniać, a nawet można powiedzieć, same się odsłaniają lub przestawiają żeby łatwiej było grać... jednak żadko spotyka się takie rozdanie....
są też takie momenty, że od razu po przetasowaniu kart i położeniu pierwszej na stół widać, że nic z tego nie będzie, że jest za małe prawdopodobieństwo zakończenia gry sukcesem i już na starcie się rezygnuje... ale nie odczuwa się z tego powodu żadnych żalów czy... nic po prostu się nie odczuwa...
choć ja i to jest moja wada, widząc karty na stole i ich rozkład, wiedząć, że nie ma to zbytnich szans, próbuje tego pasjansa ułożyć nie w pierwszym rozdaniu, ale w ogóle... lub widząc, że dane rozdanie może trwać moment, bo karty idealnie się zgrały, po pierwszym rozdaniu okazuje się, że jednak nie jest tak cudownie to i tak znowu zaczynam odkrywać karty od początku... znowu, od nowa n-ty raz staram się skończyć tą partię, żeby było idealnie, ale łudzę się ... bo to tak naprawde to tylko syzyfowa praca. okazuje się, że pasjans specjalnie nie daje się ułożyć, specjalnie dostałam wybrakowaną talię kart... bo jestem taka naiwna i cały czas się starałam i staram się nadal.. więc oddaj mi do cholery tą brakującą kartę bym mogła się przekonać czy uda mi się wszystko ułożyć czy zupełnie już zakończyć tą gre...
lecz teraz z poważnej kobiety zmienię się na chwilę w mała dziewczynkę i będę żyła marzeniami, że kiedyś znajdę taka talię kart i zagram w tak prze.fuckin'.zajebistego pasjansa, że nigdy nie będę chciała skończyć i, że nigdy żadna karta z talii się nie zgubi i zawsze będzie tą samą, niewybrakowaną talią kart...
mogę mieć tylko nadzieje, gdyż mam jeszcze kilka partyjek pasjansa, których jescze nie skończyłam, jestem na początku gry i czekam po prostu na odsłonięcie reszty kart, że uda mi się w końcu wygrać...
mówią, że kto ma szcześcię w kartach, nie ma szczęścia w miłości... ja jednak mam cholernie wielkie szczęście w miłości, w karty też dobrze sobie radzę, choć z tymi przyjaźniami moimi to różnie bywało...
jedynie co trzyma mnie przy normalności jest to, że mam Ciebie, bo gdyby nie Ty, oszalałabym w zupełnej samotności... dziękuje, że jesteś;*;*
ta notka w sumie będzie o niczym ważnym, co mogło by wnieść cokolwiek do czegokolwiek.. po prostu postanowiłam znowu zacząć pisać i ta notka jest na rozruch, mogłabym tu umieścić słów wiele, ale po co w sumie... zaczęły się wakacje, choć dla mnie to jedynie przerwa między egzaminami, gdyż sesji swojej nie zakończyłam sukcesem.. i czeka mnie kanpania wrześniowa.. coż zrobić, nie pierwsza i pewnie nie ostatnia... a co się działo ze mną, koło mnie i we mnie bedę stopniowo umieszczać, bo było by to za bardzo sadystyczne czy masochistyczne, ale chyba bardziej męczące dla mnie...
a może ta notka to po prostu zapowiedź, że kolorowo nie będzie, choć teraz jest dobrze. po prostu chce wydalić z siebie pare rzeczy zbytecznych i pozamykać parę innych już dla mnie mało istotnych spraw, ale na tle jeszcze świeżych żeby o tym pisać...
w sumie to tyle co dzisia miałam napisać.
peace.
studia... niedawno się zaczeły, a tu juz jestem po prawie tygodnia po egzaminach. strasznie mi sie nie podoba, ale coż począć mus to mus. ale bede, musze dążyć do tego, żeby skończyć tą chemie, po której spodziewałam się czegoś innego, a nie ciągłej męczarni z fizyka czy ekonomia.. mam nadzieję, muszę ją mieć, że w kolejnych semestrach bedzie, musi! być lepiej. i w końcu pojade na polibude z chęcią. pomyślę, że to właśnie to, podoba mi się i jest ok, musi.
strasznie narzekałam, ale teraz mały rachunek sumienia. w ciągu tych paru miechów "studiowania" w sumie nie spędzałam nad książkami długich godzin... jakby to zliczyć to mata w sumie 2 godziny, chemia 4-6, fizyka 8 godzin maxymalnie, angol 2 godziny, a ekonomia hmmm... w sumie bedzie tez ok 2 godzin spędzonych przed komputerem i przygotowywaniem pracy zaliczeniowej.. sumując wychodzi niecała doba... a semestr trwał prawie 4 miechy...
następnie System Eliminacji Studentów Jest Aktywny i powiem szczerze, nie taki diabeł straszny, bo nie dość, że zaliczyłam w pierwszych terminach to na ładne 4;)
i teraz mały komantarz, małe postanowienie... gdybym przysiadła do nauki troche częściej, zaczeła wcześniej sie uczyć na egzaminy a nie dwa dni przed, nie musiałabym się tak stresować... bo tyle ile strachu miałam w sobie przed sesją jest nieporównywanie większa niż moja wiedza...
możę też miałam szęście, że mam coś w sobie to coś, co pomogło mi zaliczyć i nie męczono mnie tak. tak czy siak już jestem po tym wszytkim... i nurtuje mnie tylko jedno pytanie... ilu nas zostanie ze 120 osób... i mam nadzieje, że bedzie o.k, bo musi! i zostaną osoby, a jest niestety ich niewiele, z którymi się dogaduje, można z nimi pogadać o wszystkim i o niczym, a nie tylko o "molekularnym rozpadzie" czegośtam...
pozdro.
| KSIĘGA |
| O MNIE |
| LINKI |
| ARCHIWUM |
| SZABLON |